28.2.10

The Yes Men fix the world

Co może osiągnąć dwóch alterglobalistów zdeterminowanych by naprawiać świat? Andy Bichlbaum i Mike Bonnano postanowili sprawdzić to na własnej skórze.
Swoje działania rozpoczynali od założenia fałszywych stron internetowych znienawidzonych korporacji. Zwykle, wcześniej czy później otrzymywali zaproszenia na konferencje, zjazdy, podczas których, podając się za przedstawicieli tych firm, mieli okazję przemówić do ludzi reprezentujących daną branżę. Ich prelekcje wypełnione są absurdem. Absurdem tak potężnym, że nikt z odbiorców, latami ogłupianych przez speców od marketingu i sprzedaży, nie pyta o ich sens. Zamiast tego słuchają uważnie, wykazują zainteresowanie i zadają pytania na temat ‘ciekawych pomysłów’ takich jak kalkulator strat (czyli na ile strat w ludziach można sobie pozwolić by rozwinąć biznes, obrazowane przykładem IBM, który sprzedawał nazistom systemy rejestrujące ludność), rescue ball – skafander na wypadek kataklizmów wynikających z globalnego ocieplenia, czy innowacyjne biopaliwo, świece otrzymywane z ludzkiego ciała.
Yes Meni zostają przedstawieni światu, gdy na jaw wychodzi jedna ich największych akcji. Andy, podając się za rzecznika koncernu chemicznego, wygłasza w BBC World News, przed 300-milionową widownią, fałszywe oświadczenie, jakoby korporacja uznała swą odpowiedzialność i podjęła decyzję o wypłacie miliardowych odszkodowań dla ofiar katastrofy ekologicznej w indyjskim mieście Bhopal w 1984r. W wyniku eksplozji zginęło kilka tysięcy osób, a 120 tysięcy cierpi do dziś w wyniku skażeń. Koncern po niespełna dwóch godzinach zaprzeczył rewelacjom, ale świat dowiedział się o tej poważnej sytuacji.

Ci dwaj śmiałkowie są dla mnie bohaterami. Mają ogromny tupet, nie mniejszą odwagę i bardzo dobre pomysły. Ich działania mają jeden cel – otworzyć oczy. Dlatego posuwają się do oszustwa i kłamstwa, jak twierdzą oponenci, próbując bagatelizować próby Andy’ego i Mike’a. Tylko zwykli ludzie widzą prawdziwy sens tych akcji. Okazuje się, że tezy liberalnej gospodarki, podniesione do rangi absurdu, nie zaczynają razić ich wyznawców. Zamiast oburzenia, pojawiają się komentarze o świeżości pomysłu lub o tym, że ‘na drodze do przyszłości zawsze jest ryzyko’ (słowa eksperta od wolnego rynku komentujące śmierć kilku tysięcy ludzi w Bhopal). Ośmieszenie nie daje efektu, bo ‘to, co szokuje ludzi z zewnątrz, jest normalne dla tych wewnątrz’ [korporacji].
Co zatem mogą osiągnąć Yes Meni? Niestety niewiele – trochę rozgłosu, wywołać oburzenie ‘ofiar’ i aprobujące kiwanie głowami sprzymierzeńców. Jednak mimo wszystko ten dokument, używając satyry, groteski i ironii, otwiera oczy na przerażającą prawdę o globalnym rynku. I sama nie wiem, czy bardziej zatrważający jest brak refleksji światowych korporacji skupionych na zysku, czy naiwność zwykłych ludzi, którzy, jak słusznie twierdzi Andy Bichlbaum, ‘wierzą, że na pewno są jakieś dobre powody istnienia takiego systemu i że z pewnością jest ktoś mądry, kto je zna’.

7,5/10
Na temat: Korporacja, Cień świętej księgi

27.2.10

PUBLIC ENEMIES

Rok 1933. Ameryka. John Dilinger trafia do więzienia. Gdy tak zaczyna się film o jednym z największych gangsterów w historii Stanów Zjednoczonych, spodziewamy się, że chwilę później pojawi się napis ‘2 lata wcześniej’. Bohater jednak wystrychnął wszystkich na dudka i zjawił się tam tylko po to, by uwolnić uwięzionych towarzyszy. Taki to film – historia sprytnego przestępcy.

Wrogowie publiczni to opowieść o fragmencie życia człowieka, którego ogłoszono w czasach wielkiego kryzysu w USA wrogiem publicznym numer 1. Ramię w ramię z Dillingerem (boski Johnny Depp) kroczyli jego kompani m.in. Baby Face Nelson i Pretty Boy Floyd, nie mniej niebezpieczni, niektórzy nawet bardziej. Im więcej banków obrabowali, tym pewniej się czuli i tym bardziej narażali się policji. W końcu, grający wszystkim na nosie i będący wciąż o krok przestępca, zaczyna drażnić J.E. Hoovera, a ten był zbyt zapalony do zwalczania przestępczości, by sobie na to pozwolić. I tak, Federalne Biuro Śledcze, którego zadaniem miało być łapanie ludzi, którzy łamią prawo w więcej niż jednym stanie, z niezbyt znanej agencji rządowej stało się podporą policji, a przede wszystkim potężną organizacją na skalę światową. Hoover typuje na ścigającego swojego najlepszego agenta Melvina Purvisa (Christian Bale). Zaczyna się pościg, a raczej zabawka w kotka i myszkę.

Michael Mann jest oficjalnie uznawany za jednego z ciekawszych reżyserów kina akcji. Sztandarowym przykładem jego talentu jest Gorączka, majstersztyk w swej kategorii. Kiedy podjął się realizacji historii gangstera Johna Dillingera rabującego banki ze swą świtą, można się było spodziewać się, że będzie to typowe kino sensacyjne. I trudno się zawieść. Mann ma rękę do takich produkcji. Potrafi poprowadzić ekipę, by stworzyć kino dynamiczne. Jak zwykle dodaje coś innowacyjnego i zaskakuje widza pomysłowością (w Miami Vice scena ostrzelania samochodu z kamery umieszczonej wewnątrz, robi piorunujące wrażenie). Szkoda, że tak ciekawy temat został tylko nadgryziony. Zamiast przydługich strzelanin, lepiej było zgłębić postać samego wroga nr 1, czy twórcy FBI Hoovera. Nie dowiemy się dlaczego Dillinger wybrał taką drogę, ani co sprawiło, że stał się autorytetem w swoim świecie. To, co Mann gwarantuje, to jak zawsze świetny zestaw aktorów, dużą dawkę wrażeń i rewelacyjne zdjęcia.

MNIEJSZE ZŁO

Po dwudziestu latach od obalenia komunizmu w Polsce, gdy wracamy do tamtych lat, myślimy o terrorze systemu, bezwzględności władz, ale i o dzielnej opozycji i odważnych młodych ludziach, którzy na przekór wszystkiemu i wszystkim, podejmują walkę z reżimem. Najnowszy film Janusza Morgensterna „Mniejsze zło” opowiada o nieco innym przedstawicielu tamtego pokolenia.

Kamil (Lesław Żurek) to student, który niewiele w życiu zrobił. Poznajemy go w momencie, gdy debiutuje w periodyku literackim. Nagle staje się rozpoznawalny, wszyscy nazywają go poetą, zdobywa powszechne uznanie. Wyrzucony z uczelni asystent (Borys Szyc) stara się go wciągnąć w działalność podziemia, a służba bezpieczeństwa we współpracę. Jednak Kamil jest cwanym młodym człowiekiem i uważnie wybiera z otaczającego go świata to, co mu się najlepiej opłaca. Kobiety są jak rękawiczki, które czasem stają się dla niego środkiem do osiągnięcia celu.

Film Morgensterna pokazuje niebanalną historię studenta, który nie jest zapalonym opozycjonistą na początku lat 80-tych. Wszystko, co najważniejsze dzieje się w tle – porozumienie sierpniowe, wprowadzenie stanu wojennego, czy strajki Solidarności - jakby pokazane okiem głównego bohatera, który nie tylko nie wierzy w poważne zmiany, ale obserwuje je z boku, bez wyraźnego zainteresowania. Reżyser zaprosił do współpracy świetnych aktorów – Żurek, Cielecka, Gajos, Szyc, Arciuch, Romantowska. ‘Mniejsze zło’ nie jest kamieniem milowym polskiego kina, a nawiązuje wyraźnie do stylu rodzimego kina lat PRL-u (choćby kompletna nagość aktorek). Bohater jest lekkoduchem i do niczego nie przykłada większej wagi. Wszystkie napotykane sytuacje są krótkim przystankiem, by jakoś prześlizgnąć się do lepszych czasów. Wybiera linię najmniejszego oporu. Linię, która oddziela komunistów od opozycjonistów. Wie, że musi iść środkiem, bo wyraźne opowiedzenie się po którejś ze stron może zbyt wiele kosztować.
Temat ciekawy, jednak zrealizowany dość nieudolnie. W pewnym momencie widza zaczyna nudzić szwędanie się głównego bohatera, który wciąż próbuje pływać po powierzchni. Z drugiej strony, obraz skłania do analizy nijakości Kamila – czy tylko powtarza kroki ojca, będącego jednocześnie członkiem partii i założycielem związków zawodowych w zakładzie (jak zawsze rewelacyjny Gajos), czy zwyczajnie jest leniwym chłopaczkiem? Czy wielu ich było?

7/10

CHE - THE ARGENTINE

Chyba nie ma na świecie człowieka, który nie rozpoznałby słynnego wizerunku Ernesto Guevary. Twarz Che od ponad czterdziestu lat pojawia się w różnych kontekstach. Podobizna jest tak powszechna, że ktoś wpadł na pomysł stworzenia koszulki z dopiskiem ‘nie mam pojęcia, kto to jest’. Reżyser Steven Soderbergh podjął się zadania przybliżenia postaci rewolucjonisty.

Film Che – Rewolucja przedstawia Ernesto Guevarę (Benicio del Toro) w momencie, gdy dołącza do Ruchu 26 lipca i Fidela Castro (Demian Bichir). Zostawia w Meksyku żonę i dziecko i podąża za rewolucją. Argentyńczyk postanawia walczyć o wolność Kuby i wyzwolenie jej spod dyktatury Batisty, bo sam w młodości, podróżując po Ameryce Płd., zetknął się z ubóstwem i niesprawiedliwością, więc uznał, że warto walczyć o wolność i prawdę.

Comendante, jak nazywają go kompani, przez dwa lata przedziera się przez lasy, pasma górskie, wraz ze swoimi partyzantami, których wspólnie z Castro werbują do oddziałów. Chętnych nie brakuje, w górskich wioskach nawet kilkunastoletni chłopcy zgłaszają się do walki. Oddziały z czasem się powiększają, są lepiej uzbrojone, zdobywają kolejne ważne punkty zajmowane przez przeciwnika. Liczebność oddziałów Fidela i Che nie była zbyt duża, ale jak sam Ernesto twierdził, na siłę oddziału składa się wiele czynników, nie tylko ilość żołnierzy. Pierwsza część dyptyku kończy się, gdy rewolucja ogarnęła większą część Kuby, Batista uciekł z kraju, a Fidel wraz ze swym Comendante kierują się w stronę Hawany.

Steven Soderbergh postanowił przybliżyć postać sławnego bojownika w filmie biograficznym, który oparty jest na wspomnieniach Ernesto Guevary z czasów rewolucji na Kubie. W filmie Che zostaje przedstawiony jako lekarz i rewolucjonista, który pragnie wolności i edukacji dla zniewolonego narodu, troszczy się o ludzi (uczy swoich partyzantów czytać, pisać i rachować), szkoli ich, nie posyła na pewną śmierć. Jest człowiekiem, który w młodym wieku przemierzył wiele krajów, gdzie pomagał chorym i rozmawiał z przypadkowo napotkanymi robotnikami (polecam Dzienniki motocyklowe opowiadające o tej podróży). Chciał stanąć po stronie słabszych i być może dlatego bez wahania dołączył do ruchu i poprowadził, niemalże ramię w ramię z Castro, rewolucję. Che jest w filmie postacią szalenie charyzmatyczną, z silną osobowością i jasnymi zasadami (za zdradę i dezercję karą jest śmierć), trochę kreowany na dobrego pasterza, który prowadzi swe owce do Edenu. Ale jest także mężczyzną walecznym, oddanym idei, pokładającym wiarę w rewolucję. Zwykł mówić: „Dobry rewolucjonista to człowiek przepełniony miłością. Miłością do sprawiedliwości i prawdy.” W biografii ukazana jest też wizyta Che w Nowym Jorku w 1964r , kiedy to na szczycie ONZ, wygłosił przemówienie ostro krytykujące politykę USA, a także fragmenty wypowiedzi wyjęte z wywiadu, które służą za narrację do niektórych wydarzeń czy obrazów.

Che – Rewolucja trudno nazwać biografią prawdziwą i rzetelną. Reżyser nie do końca wiedział, z której strony podejść do tematu. Z obawy przed oskarżeniem o sąd nad Comendante, Soderbergh zrezygnował z oceniania zarówno Che, jak i samej rewolucji. Przedstawia jedynie Ernesto jako żołnierza, stratega, lekarza, partyzanta, który walkę miał w sercu. Nieporuszany jest, przynajmniej w pierwszej części, temat egzekucji dokonywanych przez Che i jego ludzi. A jeśli już się pojawia to w ramach usprawiedliwionych epizodów. Z drugiej strony scenariusz oparty jest na wspomnieniach rewolucjonisty, zatem historia od początku jest nieco subiektywna. Choć Benicio del Toro wydaje się być stworzony do roli Guevary, to jednak brakuje – moim zdaniem z winy reżysera – zagłębienia się w postać, odarcia jej z legendy. Kto, tak jak ja, oczekiwał filmu, który będzie pokazywał Che w ostrym świetle, ten się zawiedzie. Niedosyt po części rekompensują świetne zdjęcia i rewelacyjne aktorstwo. Warto ten film obejrzeć dla roli Benicio del Toro (znanego z takich filmów jak: 21 gramów, Traffic, Przekręt, Sin City), który kolejny raz udowadnia, jak wielki ma talent aktorski i jakim jest intrygującym artystą. Prawdziwej historii z tej opowieści na pewno się nie dowiemy.

6/10

MAN ON WIRE

W 1968r. nastoletni linoskoczek, żongler, magik i artysta pantomimy Philippe Petit, przeglądając gazetę w poczekalni u dentysty, znalazł ogłoszenie o mających powstać w USA najwyższych budynkach świata – bliźniaczych Twin Towers. Zamarzył, by przejść po linie rozpiętej między nimi. Wtedy jeszcze nie wiedział czy i jak uda mu się zrealizować to marzenie, ale bez wahania wyrwał stronę z gazety, wyszedł z gabinetu i zaczął dążyć do realizacji ‘nierealnego’ celu.

Brytyjski reżyser James March podjął się ekranizacji książki Philippe’a Petit To Reach the Clouds, opowiadającej o tym, jak francuski młodzieniec spełnił swoje marzenia. W filmie historia opowiadana jest przez samego Philippe, a także przez wiele osób mu bliskich - przyjaciela Jean-Louis Blondeau czy partnerkę Annie Allix i dalszych, które pomagały mu w realizacji celu. Wszyscy już w średnim wieku, przed okiem kamery wspominają wyczyn, którego wspólnie dokonali. Phillipe, charyzmatyczny i zdecydowany marzyciel, przez 6 lat wraz ze swoimi przyjaciółmi, a potem także innymi życzliwymi ludźmi, planował, w jaki sposób dostać się do wież i jak je zdobyć. Wielokrotnie podróżował do Nowego Jorku, żeby rozpoznać teren, zebrać jak najwięcej przydatnych informacji, wymyślić najskuteczniejszy plan działania. W międzyczasie ‘trenuje’, przechodząc po linie rozwieszonej na Katedrze Notre Damme oraz moście w Sydney. Wreszcie 7 sierpnia 1974r Phillipe Petit przeszedł po linie rozciągniętej między wieżami World Trade Center. Przez 45 minut krążył po linie rozpiętej na długości ponad 40m i wysokości 400m.

Dawno na naszych ekranach nie było dokumentu, który ogląda się jak thriller. March prowadzi historię dynamicznie. Jednocześnie słuchamy narracji uczestników wydarzeń, oglądamy autentyczne zdjęcia i paradokumentalne obrazy, a wszystko podkreślone świetną muzyką. Napięcie rośnie do punktu kulminacyjnego, czyli spaceru po linie. W filmie relacje ekipy przeplatają się z błyskotliwymi i humorystycznymi komentarzami Phillipe, który jest nadal człowiekiem pełnym energii i nadal wydaje się być marzycielem.

Człowiek na linie to historia wyjątkowa, a film porywający (nagrodzony na festiwalu w Sundance, w tym roku zdobył Oscara dla najlepszego filmu dokumentalnego). Grupka młodych Francuzów angażuje się w realizację marzenia jednego linoskoczka. Marzenia szalonego, nierealnego, poza zasięgiem i utkwionym gdzieś poza rzeczywistością. Jednak pragnienie Phillipe było tak silne, że zaraził pasją swoich przyjaciół. Oni bez zastanowienia i bez reszty oddali się idei i pomysłowi. Gdy opowiadają o tym wydarzeniu po 35 latach, nadal widać w nich tamtą radość tworzenia i zachwyt, ze łzami w oczach wspominają to, czego udało im się dokonać. Mieli i mają świadomość, że dokonali czegoś wyjątkowego, że stworzyli dzieło. Sam bohater z niemniejszą pasją opowiada o wydarzeniach sprzed lat, niczym łobuziak, któremu udało się wszystkich przechytrzyć i coś spsocić. Zrobić coś, czego nikt wcześniej nie dokonał. Spacerować wśród chmur i zachwycić ludzi.
Oczywiście widz dopinguje i trzyma kciuki za szalony wyczyn, przy okazji zapominając o rzeczywistości i dając się ponieść magicznej aurze. Można poczuć się jak podczas przedstawienia iluzjonisty. I chociaż znamy kulisy i tajemnice sztuczki, dajemy się ponieść wyjątkowej atmosferze towarzyszącej wielkim zdarzeniom.

Historia Phillipe Petita wzbudza zazdrość. Któż z nas nie chciałby podążyć za marzeniem, choćby szalonym i nierealnym. Któż nie chciałby z naiwnością dziecka wymyślać kolejnych sposobów na przekroczenie granic. Któż nie chciałby wyrwać się z ram i szablonów i posmakować wolności. Petit tego dokonał. Bez zastanowienia pognał za swoim marzeniem, z premedytacją wciągając w nie innych. Sprawił, że jego cel stał się ich celem. Nie zastanawiał się nad sensem wyczynu. Służyć miał on tylko sztuce i pięknu. Bez myślenia o konsekwencjach i przyczynach. Gdy tuż po wydarzeniu któryś z dziennikarzy zadał pytanie Phillipe dlaczego to zrobił, odpowiedział: „Gdy widzę trzy pomarańcze, zaczynam nimi żonglować; gdy widzę dwie wieże, przechodzę między nimi”.

7/10

THE WRESTLER

Wrestling często kojarzony jest bardziej z teatrem niż sportem. Wyeksponowana scena, na której przerysowani i charakterystyczni bohaterowie rodem z komiksów, odgrywają swoje przedstawienie. Tak widzą to sceptycy. Dla miłośników jest to wspaniały, prawdziwy sport, gdzie zapaśnicy walczą na ringu zarówno o zwycięstwo, jak i uwielbienie tłumów.

Robin Ramzinky, pseudonim sceniczny Randy ‘The Ram’ Robinson (Mickey Rourke), główny bohater filmu Darrena Aronofsky’ego, to przygasająca gwiazda wrestlingu lat 80-tych. Kiedyś sławny, walczący w Madison Square Garden, odnoszący ogromne sukcesy i posiadający rzesze fanów zawodnik - dziś zmęczony życiem, dorabia w obskurnych magazynach, mieszka w wynajętej przyczepie, a w weekendy występuje na mini pokazach wrestlingu w okolicznych salach gimnastycznych. Randy snuje się, żyjąc z dnia na dzień, a jedyną rozrywką są wizyty w klubie ze striptizem, gdzie systematycznie odwiedza Cassidy (Marisa Tomei). The Ram jest żywą legendą, więc stale jest zapraszany na walki. Niestety po jednej z poważniejszych potyczek, zapaśnik dostaje zawału serca i trafia do szpitala. Lekarze doradzają zakończenie kariery. Randy próbuje od nowa ułożyć swoje życie. Bez wrestlingu.

Darren Aronofsky każdym swoim filmem zaskakuje i zachwyca. Jego π, Requiem dla snu i Źródło spotkały się z dużym uznaniem zarówno krytyków, jak i publiczności. Podobne reakcje pojawiły się po premierze Zapaśnika. Źródłem sukcesu tego filmu jest zdecydowanie wybitna kreacja Mickey’a Rourke, który za tę rolę otrzymał Złotego Globe’a i nominację do Oskara. Aktor wydaje się być stworzony do roli starzejącego się sportowca. I nie ze względu na aparycję i atletyczną budowę ciała. Sam kiedyś, jako nastolatek, trenował boks i walczył na ringu. W wieku 20 lat zrezygnował ze sportu na rzecz kina. Na początku lat 90-tych jeszcze wrócił do boksowania na kilka lat, bo - jak twierdził czuł - że ulega autodestrukcji i nie jest szanowany jako aktor. Jednak, jak się okazuje, na szczęście wrócił do aktorstwa.

Rourke stworzył postać z krwi i kości. Bardzo sugestywnie i realistycznie oddał rozterki bohatera, jego szarpanie się z życiem i godzenie się z odchodzącymi marzeniami. Randy żyje nadzieją, że zawsze będzie mógł walczyć, bo odnajduje w tym sens i satysfakcję. Do czasu. Gdy okazuje się, że musi zaprzestać występów, odważnie próbuje dostosować się do nowej sytuacji. Staje do zapasów z życiem, niestety skazany jest na przegraną. Historia bohatera pokazuje, że czasem mimo najszczerszych chęci i prób, nie jesteśmy w stanie zmienić tego, kim jesteśmy. Do zapaśnika dociera w końcu, że jedyne miejsce na świecie, gdzie czuje się dobrze, gdzie czuje się potrzebny, uwielbiany i szanowany - to ring.

Come back Mickey Rourke’a okazał się wielkim sukcesem, a reżyser pokazał, że ma rękę do doboru obsady. Szkoda, że Amerykańska Akademia Filmowa nie doceniła we właściwy sposób tej świetnej kreacji aktorskiej, moim zdaniem o wiele ciekawszej i bardziej wyrazistej od nagrodzonej (Sean Penn za Obywatel Milk).

Zapaśnik to film, który wzrusza i zasmuca, który szczególnie gorąco polecam. Historia, chociaż wymyślona, jest tak prawdziwa, nie tylko dzięki świetnej głównej roli męskiej, ale też dzięki autentycznym mistrzom wrestlingu, którzy wystąpili w epizodach. Na początku jest nam żal bohatera, współczujemy mu, chwilami nawet Randy wydaje się nam śmieszny, jako ponad czterdziestoletni mężczyzna w obcisłym odblaskowym kostiumie i tlenionych włosach. Krew, pot i łzy wylane przez zapaśnika, jego upór i hart ducha sprawiają, że w pełni go rozumiemy i dopingujemy w pozbawionej rozsądku walce o marzenia. Na końcu The Ram ma już nasz szacunek, sympatię, staje się w naszych oczach prawdziwym Herkulesem i legendą.

8/10

W.

George W. Bush ma zarówno gorących zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Biografia 43. Prezydenta Stanów Zjednoczonych stworzona przez Oliviera Stona pt. „W” na pewno bardziej przypadnie do gustu tym drugim.

Tytułowego bohatera poznajemy w momencie, gdy przechodzi rytuał przyjęcia do bractwa na uniwersytecie. George, w tej roli Josh Brolin, był rozrywkowym młodzieńcem, który nie stronił od alkoholu. Podejmował się różnych prac, ale żadnej z nich nie potrafił utrzymać dłużej. Ojciec większą uwagę poświęcał bratu i jego pchał w stronę polityki. George’a raczej zniechęcał, nie widząc w nim potencjału. Junior jednak, wbrew ojcu, decyduje się na karierę polityczną i ku zaskoczeniu odnosi sukcesy i pnie się w górę, zdobywając w końcu fotel prezydencki.

Film Oliviera Stone’a to kolejny w jego karierze reżyserskiej obraz ‘prezydencki’. Do tej pory nakręcił już ‘JFK’ i ‘Nixon’. I podczas gdy dwa poprzednie filmy były prawdziwymi majstersztykami, tak ‘W.’ jest biografią jakby niekompletną.

‘W.’ opowiada epizody z różnych okresów życia Juniora, przemieszane ze sobą. Poznajemy go w sytuacjach rodzinnych, gdy poznaje swoją przyszłą żonę Laurę, politycznych, gdy dyskutuje z gabinetem podejmując decyzję o ataku na Irak, prywatne, gdy śni mu się ogromny aplauz na stadionie baseballowym. Scenariusz raczej ośmiesza postać Prezydenta niż kreuje go na bohatera walczącego o wolność. Historia pokazuje, że W. nie był stworzony do rządzenia, że w sytuacjach kryzysowych nie potrafił się odnaleźć w meandrach wielkiej polityki, a doradcy łatwo mogli nim sterować. Jednak do wszystkiego pchała go ambicja, systematycznie deptana przez ojca. George W. Bush czuł, że za wszelką cenę musi zadowolić ojca i go zadziwić, sprawić by był dumny, jednocześnie irytując się, gdy ktoś ich porównywał.

Poszarpana historia Juniora nie pozwoliła na wyjaśnienie skąd mimo widocznej nieudolności, nieporadności, a nawet głupkowatości, George W. Bush rządził w Białym Domu dwie kadencje. Dlaczego mimo masowych protestów przeciwko wojnie w Iraku, W. nadal pozostał przy władzy. Zabrakło też szerszego kontekstu rządów Busha.

Ciekawie zostały pokazane relacje ojciec-syn. Bush Senior to człowiek o twardym charakterze, zdecydowany, który potrafi rzucić ostre słowo. Junior próbuje dorównać ojcu, pokazać mu, że jest czegoś wart. Dźwiga ciężar oczekiwań na swoich barkach przez lata.

W.’ nie jest filmem godnym polecenia. Mimo iż zachowuje standardy politycznej satyry, tak naprawdę brakuje w nim pazura. Wydaje się, że reżyser wybrał łatwą drogę naśmiewania się z byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zapominając o stworzeniu postaci z krwi i kości. Josh Brolin świetnie naśladował oryginał, ale na naśladowaniu się zakończyło. Oczywiście dla przeciwników Busha taka biografia to gratka, bo pokazuje jego najgorsze cechy – chamstwo, prostactwo, niewielką lotność umysłu i niezgrabność. Nie ma patetyzmu, jest za to cynizm. Jednak kolejna scena prezydenta Busha ze szklanką whiskey, albo mówiącego z pełnymi ustami, nie jest ani zabawna, ani nic nie wnosi do obrazu, a służy jedynie kompromitacji bohatera. Niestety okazuje się, że o wiele trudniejsze było dla Olivera Stone’a stworzyć postać złożoną, która ma wyraźny wpływ na wydarzenia na świecie.

5/10

Keep out! - ZONA

Przedmieścia Mexico City. Strzeżone osiedle zamknięte – Zona. W przestrzeni ograniczonej wysokim murem, drutem kolczastym, gdzie niemalże każdy skrawek terenu nadzoruje oko kamery, dochodzi do tragicznych wydarzeń, które pociągną za sobą niespodziewane i niesłychane konsekwencje.

Debiut reżyserski Rodrigo Pia „Zona”, nagrodzony na festiwalu Wenecja 2007, zaczyna się spokojnie. Widzimy piękne zadbane posesje szanowanych obywateli. Zona to osiedle ekskluzywne zamieszkane jedynie przez ludzi na poziomie – lekarzy, nauczycieli, prawników, innymi słowy przez ludzi sukcesu. Tuż za murem granicznym Zony zaczynają się biedne przedmieścia, slumsy, bardziej powszechny w Meksyku obrazek. Mieszkańcy Zony żyli w odizolowaniu od reszty świata. Posiadając własny system ochrony, autonomię i zezwolenia na broń, nabrali pewności, że udało im się osiągnąć pewnego rodzaju utopię – bezpieczny zakątek w Meksyku. Miejsce, gdzie mogą żyć spokojnie ze swoimi rodzinami.
Aż do dnia, gdy na ich teren wkracza trzech wyrostków, którzy korzystają z chwilowej awarii zabezpieczeń i włamują się do jednego z domów. Niestety zaskakuje ich właścicielka, wywiązuje się szamotanina i jeden z włamywaczy morduje starszą panią. Ochrona reaguje natychmiast, w strzelaninie ginie dwóch sprawców i ochroniarz. Trzeciemu udaje się uciec, ale niestety tylko zdoła ukryć się w jednej z piwnic na terenie Zony. Mieszkańcy decydują się na ukrycie wydarzeń przed policją i sami próbują wymierzyć sprawiedliwość. Rozpoczyna się regularna obława.

Wizja suburbii wg Pia na pewno spodobałaby się Samowi Mendesowi, który zarówno w American Beauty, jak i w Revolutionary Road pokazał, jak smutne tajemnice kryją cukierkowe i idealne przedmieścia w Ameryce. Pia idzie dalej, rozważając nad złem w owczej skórze, zbliżając się stylistyką i sposobem budowania napięcia do Fernando Meirellesa i jego Miasta Boga.
Można zdecydowanie stwierdzić, że to udany debiut reżysera. Dzieło jest poprowadzone tak umiejętnie, że widz aż gotuje się z nadmiaru gromadzących się emocji. Film trzyma w napięciu i nie pozwala pozostać obojętnym. Panika i agresja wymieszana z adrenaliną i poczuciem zagrożenia własnego gniazda, wyzwala w mieszkańcach Zony coraz bardziej negatywne emocje. Nagle wykształceni i szanowani ludzie o nieposzlakowanej opinii, gotowi są patrolować wieczorami ulice osiedla, z latarkami, strzelbami i jakąkolwiek bronią, by tylko wytropić ostatniego ze złoczyńców i wymierzyć sprawiedliwość. Niewielu zachowuje zdrowy rozsądek. Jednak nie mają najmniejszych szans by przekonać resztę. Emocje i strach napędzają się, gromadzą, kumulują, do obławy włącza się nawet młodzież, aż do punktu kulminacyjnego.

W filmie strach gromadzi się gdzieś pod skórą, niedostrzegalnie. Napięcie świetnie buduje bardzo dobra muzyka, ale to także zasługa fantastycznych kreacji aktorskich twarzy hiszpańskiego kina, znanych z innych filmów, ale też i młodych talentów – Daniel Gimenez Cacho jako Daniel, Maribel Verdu jako Mariana, Alan Chavez jako Miguel, Daniel Tovar jako Alejandro. Aktorzy są jednakże tłem dla sprawy, dla tematu jakim jest studium ludzkiej natury.

Film wywiera ogromne wrażenie, dotykając najskrytszych i najdzikszych instynktów człowieka. Pokazuje, że niewiele wiemy o sobie. Czy wielu z nas byłoby gotowych za wszelką cenę bronić swojej rodziny? Do czego bylibyśmy skłonni się posunąć? Gdzie leży granica obrony przed złem? Nigdy do końca nie wiemy jak człowiek się zachowa, gdy poczuje zagrożenie. Jak wpłynie na niego panika tłumu, panika społeczeństwa, które go otacza. Film każe się zastanowić na ile bylibyśmy odporni na wpływ otoczenia i czy w każdym człowieku istnieje zło, czy każdy ma mroczną stronę?

7/10

REZERWAT

Prosta historia – młody fotograf Marcin rozstaje się z dziewczyną i wprowadza się do starej obskurnej kamienicy na warszawskiej Pradze. Przy okazji dostaje ‘fuchę’. Ma zrobić trochę zdjęć kamienicy dla właściciela. Przy okazji ‘pstrykania’ okolicy i ludzi poznaje podwórkowych pijaczków, u których szybko wkupuje się w łaski drobnymi, Hankę sexi fryzjerkę, kioskarkę plotkarę i łobuziaka kilkunastoletniego Grzesia, który tłucze mu szyby, a potem kradnie aparat. Marcin stopniowo poznaje otoczenie i panujące zasady.
Po takich filmach nabieram wiary w polskie kino. Bo co tutaj mamy – zabawną komedię, dobry scenariusz, ciekawi aktorzy, którzy stworzyli świetne kreacje (Hanka jest po prostu bombowa), piękna scenografia (tak, Praga potrafi być piękna z tą obskurnością) i dobra zabawa. Obawiałam się, czy ten film, jak wiele polskich ambitniejszych produkcji, nie będzie przygnębiający, z tragicznym zakończeniem. Zostałam mile zaskoczona. Reżyserowi Łukaszowi Palkowskiemu udało się stworzyć prawdziwy, mądry i zabawny obraz. Pokazuje Pragę nie jako obszar degrengolady, patologii i zła. Jest to zakątek, gdzie każdy zna swoje miejsce, gdzie panują jasne zasady, gdzie wódkę pije się na szklanki, a każdy ma swoją malutką tajemnicę (którą i tak w końcu zna Pani Kioskarka).
Bardzo trafny jest tytuł, ponieważ faktycznie ‘obcy’ są tam niemile widziany. Panuje zasada: Jesteś swój – jesteś bezpieczny, co potwierdza scena, w której Hanka broni Marcina przed ‘skrojeniem’ przez kilku miejscowych dresiarzy. Wystarczy słowo sąsiad i jest po sprawie.
Praga jest rezerwatem, czyli częścią Warszawy, która „obejmuje obszary zachowane w stanie naturalnym lub mało zmienionym”. Po prawej stronie Wisły czas jakby się zatrzymał. Nie ma wieżowców, garniturów, pogoni za pieniędzmi. Ludzie tam mówią o sobie jakby byli mieszkańcami wsi zabitej dechami, z której trudno się wyrwać. Można odnieść wrażenie, że rzeka występuje w mentalności prażan prawie jako mur berliński. A przecież ‘wystarczy’ tylko przekroczyć most. „Rezerwat” mnie zachwycił. Ma w sobie inteligentny dowcip, którego trzeba szukać ze świecą w większości dzisiejszych filmów. Można dzięki niemu zakochać się w Pradze, a kto już kocha Warszawę, ten umocni swoje uczucie. Czy reżyser robił dobrą minę do złej gry przedstawiając w ten sposób te okolice? Może tak. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko mieszkają tam dobrzy ludzie, a stereotyp Pragi jako mekki złodziei i bandytów jest mocno przesadzony.

Szczerze mówiąc po wyjściu z kina zapragnęłam wziąć mojego Zenita, wskoczyć w dres i połazić po Stalowej.
7/10