14.3.10

Liban / Lebanon


Sekwencja otwierająca film Liban, to nieruchome ujęcie rozciągającego się po horyzont pola słoneczników. Widz z tego przyjemnego krajobrazu zostaje brutalnie wepchnięty do czołgu. Jest poranek 6. czerwca 1982r., początek pierwszej wojny libańskiej. Czterech młodych izraelskich żołnierzy czołgistów rozpoczyna swą pierwszą misję - przekraczają granicę izraelsko - libańską i mają razem z oddziałem piechoty przeczesać miasto po bombardowaniu przez siły powietrzne.

Wydawać się może pozornie, że to kolejna z wielu produkcji, opowiadająca o wojnie na amerykańską modłę - z aktami poświęcenia, bohaterami do podziwiania i flagą narodową na końcu. Nic bardziej mylnego. Reżyser Samuel Maoz postanowił zamknąć widza w klaustrofobicznej przestrzeni wnętrza czołgu i zmusić go do oberwowania wydarzeń tylko z tego miejsca. Kamera 'wychodzi' na zewnątrz tylko poprzez wizjer celownika strzelca, przez który widać szczątkowe obrazy zniszczeń, okrucieństwo i cierpienie cywili. Jest to jednak tylko kilka ujęć, gdyż reżyser celowo skupia uwagę na tym, co dzieje się wewnątrz blaszanej puszki. Celem jest przedstawienie jak wojna zmienia jednostkę, jak wpływa na młodego człowieka, który wcześniej 'strzelał tylko do beczek', jak wygląda jej zaplecze, gdy przestaje się mówić o niej w patetyczny sposób. Zetknięcie się z pojedynczym żołnierzem, z jego emocjami, strachem, niepewnością, a wreszcie szaleństwem, pozwala uświadomić sobie, że ofiarami wojny są nie tylko ci, którzy zginęli. Nie mniejszymi oiarami są wlaśnie ci młodzi chłopcy, strzelający z rozkazu, którzy potem przez wiele lat są prześladowani przez własną pamięć. Którzy, nie mając wyboru, wypełniają polecenia, chronią swoje życie, a po zakończeniu wojny stają się cieniami samych siebie, bo nie potrafią poradzić sobie ze wspomnieniami.

Samuel Maoz, podobnie jak Ari Folman w Walcu z Bashirem, przedstawił swoje wspomnienia. Maoz to Szmulik, strzelec w czołgu. Chyba dzięki temu film Liban ma tak niepowtarzalny klimat. Reżyser długo pracował z aktorami, by pozwolić im wczuć się w sytuację, której sam doświadczył - zamknął ich w metalowej puszce, zasugerował rozmowę z ludźmi, którzy na wojnie stracili dzieci. Efekt jest piorunujący. Widz w przestronnej sali kinowej czuje się jak zamknięty w ciasnym dusznym wnętrzu czołgu wypelnionego smrodem spalin wymieszanych z wonią potu, moczu i smaru. W powietrzu unosi się też strach. Bohaterowie filmu to nie waleczne serca, które z okrzykiem ruszą do walki. To zwykli chłopcy, których przed oddaniem strzału paraliżuje strach, którzy dopiero nauczą się odwagi i zabijania, którzy marzą o powrocie do domu. Jak mówi sam reżyser, jego 'celem nie było pokazanie skrajnego realizmu, a czegoś pomiędzy realizmem a surrealizmem, pokazanie piekła z wykorzystaniem takich elementów, które pogłębią wrażenie chaosu i szaleństwa na wojnie.' Maoz, oprócz przedstawienia znanej mu wizji wojny, próbuje też powiedzieć, że w takich konfliktach są tylko przegrani. Bo nawet wygrani, na wojnie hodują pokolenie poranionych, skrzywionych ludzi, którzy, jak on sam, wiele lat trzymają w sobie tragiczne wspomnienia, a brzemię pociągania za spust będą nosić do końca życia.

8/10

P.S. Film nagrodzony Złotym Lwem w Wenecji i Złotą Żabą na Camerimage

9.3.10

Odlot / Up

Studio Pixar na bohatera swojej 10. pełnometrażowej produkcji wybrało starszego pana. Posunięcie dość ryzykowne po zabawkach z Toy Story, nieziemskiej rodzince Iniemamocnych czy gadających autach. Mimo przewidywań specjalistów, Odlot stał się kolejnym sukcesem i zarobił setki milionów dolarów.

Carl Fredricksen to niespełna 80-letni staruszek. Nie jest jednak miłym dziadkiem w miękkich bamboszach, a raczej zgryźliwym tetrykiem a'la Walter Mathau. Carl jako dziecko marzył o dalekich podróżach, znalazł nawet towarzyszkę, by ten zamiar zrealizować. Spędził z Ellie całe życie, kilkukrotnie planując daleką podróż, którą, jak to w życiu bywa, hamują przyziemne problemy. Dopiero po śmierci żony Carl przytwierdza do domu chmurę kolorowych balonów wypełnionych helem i ...odlatuje do Ameryki Południowej, by postawić dom tuż przy wielkim wodospadzie w pięknej krainie, odkrytej przez wielbionego w dzieciństwie podróżnika Charlesa Muntza. Towarzyszy mu marudny pasażer na gapę, skaut Russell, który dołącza zupełnie niechcący, gdy próbuje zasłużyć na odznakę za pomoc starszej osobie.

Kolejny raz fachowcy z Pixar pokazali na co ich stać. Nie dość, że stworzyli historię zabawną i wzruszającą jednocześnie, to jeszcze zadbali o najdrobniejsze szczegóły. Ekipa zobrazowała w filmie prawdziwe miejsce - góry stołowe, które leżą w Wenezueli. Uznali, że jedynie będąc tam doświadczą ich piękna i poczują wyjątkowy klimat na własnej skórze. Spędzili wiele godzin szkicując każdy element - od krajobrazu, do specyficznych kształtów skał i nietypowych kwiatów - a potem wszystko przenieśli do komputera. Kraina, którą przedstawili, jest tak niesamowita, że wydaje się nierealna, a jedyne, co zostało przerysowane, to wysokość wodospadu.

Odlot pozytywnie mnie zaskoczył. Nie jest to tylko rozrywka dla dzieci z zabawnymi dialogami śmiesznymi też dla dorosłych. To także nieco nostalgiczna opowieść o samotności jesieni życia, o niespełnionych marzeniach, o odosobnieniu, o dorastaniu bez ojca, wreszcie o śmierci. Z drugiej strony daleko mu do nudnej i smutnej historii o zramolałym dziadku. Pozostałe postaci nadają tempa, kolorytu i humoru (pulchny gadatliwy skaut i uroczy pies As).
Równowaga między wzruszeniem a rozbawieniem jest tajną bronią tej produkcji. Odwagi musiał dodać ogromny sukces WALL-E. Studio Pixar wyraźnie obiera nowy kierunek i jest to bardzo dobry kierunek.


8/10


P.S. Odlot został uhonorowany dwoma Oscarami - za najlepszy film animowany oraz za najlepszą muzykę (pokonując m.in. Avatara (!), The Hurt Locker, czy Sherlocka Holmesa), a nominowany był także w kategorii najlepszy film i najlepszy scenariusz oryginalny.