27.2.10

PUBLIC ENEMIES

Rok 1933. Ameryka. John Dilinger trafia do więzienia. Gdy tak zaczyna się film o jednym z największych gangsterów w historii Stanów Zjednoczonych, spodziewamy się, że chwilę później pojawi się napis ‘2 lata wcześniej’. Bohater jednak wystrychnął wszystkich na dudka i zjawił się tam tylko po to, by uwolnić uwięzionych towarzyszy. Taki to film – historia sprytnego przestępcy.

Wrogowie publiczni to opowieść o fragmencie życia człowieka, którego ogłoszono w czasach wielkiego kryzysu w USA wrogiem publicznym numer 1. Ramię w ramię z Dillingerem (boski Johnny Depp) kroczyli jego kompani m.in. Baby Face Nelson i Pretty Boy Floyd, nie mniej niebezpieczni, niektórzy nawet bardziej. Im więcej banków obrabowali, tym pewniej się czuli i tym bardziej narażali się policji. W końcu, grający wszystkim na nosie i będący wciąż o krok przestępca, zaczyna drażnić J.E. Hoovera, a ten był zbyt zapalony do zwalczania przestępczości, by sobie na to pozwolić. I tak, Federalne Biuro Śledcze, którego zadaniem miało być łapanie ludzi, którzy łamią prawo w więcej niż jednym stanie, z niezbyt znanej agencji rządowej stało się podporą policji, a przede wszystkim potężną organizacją na skalę światową. Hoover typuje na ścigającego swojego najlepszego agenta Melvina Purvisa (Christian Bale). Zaczyna się pościg, a raczej zabawka w kotka i myszkę.

Michael Mann jest oficjalnie uznawany za jednego z ciekawszych reżyserów kina akcji. Sztandarowym przykładem jego talentu jest Gorączka, majstersztyk w swej kategorii. Kiedy podjął się realizacji historii gangstera Johna Dillingera rabującego banki ze swą świtą, można się było spodziewać się, że będzie to typowe kino sensacyjne. I trudno się zawieść. Mann ma rękę do takich produkcji. Potrafi poprowadzić ekipę, by stworzyć kino dynamiczne. Jak zwykle dodaje coś innowacyjnego i zaskakuje widza pomysłowością (w Miami Vice scena ostrzelania samochodu z kamery umieszczonej wewnątrz, robi piorunujące wrażenie). Szkoda, że tak ciekawy temat został tylko nadgryziony. Zamiast przydługich strzelanin, lepiej było zgłębić postać samego wroga nr 1, czy twórcy FBI Hoovera. Nie dowiemy się dlaczego Dillinger wybrał taką drogę, ani co sprawiło, że stał się autorytetem w swoim świecie. To, co Mann gwarantuje, to jak zawsze świetny zestaw aktorów, dużą dawkę wrażeń i rewelacyjne zdjęcia.

0 komentarze:

Prześlij komentarz